środa, 27 września 2017

Arch Enemy "Will To Power"

Obiecywałem, obiecywałem i wreszcie się zebrałem… nadszedł czas wypowiedzieć się na temat najnowszego albumu Arch Enemy „Will To Power”. Żeby nie było niedomówień, to podkreślam grubą kreską, że naprawdę lubię i cenię sobie ten zespół, śmiało mogę stwierdzić, że jestem ich fanem, a ostatni album pod wpływem emocji kupiłem w box secie. Do momentu odbioru przesyłki słuchałem zaledwie tych utworów, które były opublikowane oficjalnie. Pierwszy odsłuch celebrowałem jak jakiś fanatyk. I co? I nic…? no właśnie… Czyżby najlepsze w zestawie były covery na 7”?. W tym konkretnym przypadku to bardzo skomplikowana historia, którą postaram się rozjaśnić… a przynajmniej ja tak to widzę.

 Jak dotąd zespół ma swoje trzy ery „wokalne”, z Johanem Liiva, Angelą Gossow i z Alissą White-Gluz. Owszem przez ten czas dochodziło również do zmian personalnych poza wokalem, ale nie były one aż tak znaczące. Nie da się ukryć, że wokalista/wokalistka ma ogromny wpływ na popularność zespołu, a także na jego wizerunek. W ekipie Michaela Amotta było mniej więcej tak:

Era Johana Liiva (1996- 2000) – w moim odczuciu czasy najbardziej surowego grania, eksperymentów muzycznych i poszukiwania drogi. Wówczas zespół nie lansował przebojów tylko grał death metal z melodyjnymi riffami i solówkami. Śmiało można stwierdzić, że, Michael opuszczając Carcass dążył w podobnym kierunku zwanym „melodyjnym death metalem” Na trzech pierwszych albumach („Black Earth - 1996”, „Stigmata” - 1998, „Burning Bridges” - 1999) czuło się determinację muzyczną braci Amottów, którzy jak motor napędzali maszynę pod nazwą Arch Enemy. Doszukiwano się wówczas pozostałości i nawyków po wspomnianym Carcass, które pewnie można znaleźć. Tak czy inaczej zespół rokował dobrze, ale Michael, jak to Michael chciał poprawić, a że swój specyficzny charakter ma, to myślał, myślał i wymyślił, że Johan jest „za mało charyzmatycznym wokalistą”, więc go wywalił, a jego miejsce zajęła growlująca laska, Angela Gossow.

Era Angeli Gossow (2000-2014) – tutaj faktycznie można mówić o rozwijającej się karierze zespołu… mimo, że śpiewających, growlujących kobiet nie brakowało, to Arch Enemy z płyty na płytę czynił z tego atut, a dzięki temu zyskiwał rozpoznawalność i popularność. Mimo zmian w składzie (odejście Christophera Amotta) zespół wydawał się stabilny i ugruntowany na płaszczyźnie muzycznej. Owszem pojawiły się „przeboje” typu „Nemesis”, ale wówczas to nie przeszkadzało, a nawet tworzyło swoistą aurę, dzięki której fanów przybywało. Arch Enemy rosło w siłę. To z Angelą jeszcze raz nagrano najlepsze kawałki z pierwszych trzech płyt, żeby uświadomić fanom o ich istnieniu. Jeszcze do dzisiaj słyszy się, że pierwszym albumem Arch Enemy był „Wages of Sin”.
W moim odczuciu to chyba najlepszy czas Arch Enemy jako zespołu posiadającego własną unikatową osobowość sceniczną, własny styl i pomysł na siebie, ale co dobre… kiedyś się kończy. Ta era zespołu trwała 14 lat. Przez ten czas ukazało się pięć albumów: Wages of Sin (2001), Anthems of Rebellion (2003), Doomsday Machine (2005), Rise of the Tyrant (2007), Khaos Legions (2011). Pewnie byłoby tak do dziś gdyby Angela i Michael nie sprawdzili finansów zespołu, które (podobno) wyciekały. Wówczas oboje (jako, że prywatnie są parą) podjęli decyzję tym, że sami muszą się tym zająć, a także o zmianie managera na kogoś, kto będzie bardziej zaangażowany. Michael pewnie by nie potrafił rozstać się z gitarą, więc padło na Angelę, która chcąc nie chcąc zrezygnowała z pracy w zespole, a zaczęła pracę na rzecz zespołu, a na swoje miejsce wytypowała Alissę White-Gluz – wówczas wokalistkę The Agonist.
 
Era Alissy White-Gluz (2014-obecnie) – początkowo to był szok, ale po ukazaniu się utworu „War Eternal” fani, a przynajmniej spora ich część zaakceptowała Alissę i ciepło ją przyjęła. Pokazały się kolejne utwory, finalnie album „War Eternal” (2014), później trasa promocyjna… wszystko szło idealnie i wydawałoby się w dobrym kierunku… czy tak jest? Tutaj zdania są podzielone. Sprawcą podziału jest bezwątpienia najnowsze dzieło, czyli „Will To Power”.

Zawiedziona część sarkastycznie twierdzi, że nowy album „klei się od lukru”, a zespół toczy się w kierunku „plastikowego rocka” w stylu Linkin Park adresowanego do gimnazjalistów, a z melodyjnego death metalu został tylko „melodyjny”.
Czy się z tym zgadzam? Coś w tym jest… faktycznie na „Will To Power” zrobiło się jakoś „słodko”. To, co na „War Eternal” dawało energię i pazura tutaj stało się otoczką. Jakaś prawda jest też w tym, że „Will To Power” to nieprzerwana, a raczej nieprzełamana niczym nowym, świeżym kontynuacja poprzedniczki. Podobno tak to już jest, że pierwszy album wyznacza kierunek a drugi idzie z pędem pierwszego. Dopiero trzeci decyduje czy zespół się utrzyma. A w przypadku Arch Enemy jest to drugi album trzeciej ery :-). Każdy z dotychczasowych wokalistów jest na tyle charakterystyczny, że swoją osobowością dzieli twórczość zespołu na rozdziały. Dlatego niesprawiedliwym jest porównywanie dotychczasowej trójki do siebie. Jedna nazwa… a trzy różne bajki – niestety? Chyba jednak nie! Strasznie nie lubię jak zespół wymieniając wokalistę na siłę dąży do tego by następca był identyczny jak jego poprzednik… śpiewał, wyglądał itd.
Kolejnym myślę, że bardziej istotnym zarzutem, jest fakt, że Michael nie zaangażował w proces twórczy Jeffa Loomisa. Błąd niewybaczalny lub zapis w kontrakcie? Nie wiem, w każdym razie sporo z nas liczyło, że Jeff wniesie „to coś”, co przełamie pomost pomiędzy „War Eternal” a „Will To Power”. Niestety tak się nie stało Jeff nie pojawia się w żadnej kompozycji a tym samym staje się jedynie „chłopcem do grania” – a szkoda. Jako ciekawostkę dodam, że do dwóch kompozycji na „Will To Power” przyłożył się brat Michaela - Christopher Amott. Wspierał on brata w „Reason to Believe” i „Dreams of Retribution”. Kolejną osobą, która przyłożyła się do obecnego stanu Arch Enemy jest Daniel Erlandsson – jakby nieco zmienił sposób gry… unika blastów a postawił na niskie tony podwójnej centrali, a to z kolei spowodowało, że muzyka stała się miękka, mniej agresywna, ale za to bardziej „wpadająca w ucho”, co doprowadziło do następnego zarzutu… komercyjność. Czy to słuszny zarzut? Uważam, że nie do końca…, bo co? Lepiej byłoby, gdyby zespół grał jeden koncert w miesiącu, a płyty wydawał, ze środków zebranych od sponsorów? Teraz to takie modne jest być niekomercyjnym… ten zespół lepszy, o którym nikt nie słyszał? – Bzdura! Uważam, że to dobrze, że kapela się rozwija i zarabia na siebie. Póki, co bilety na Arch Enemy nie kosztują 440 zł za miejsce na płycie (Metallica) a 90zł z supportem. Z tego, co się orientuję zespół zarabia głównie na koncertach, a nie na reedycjach albumów. Obawa jest, że to właśnie w tym kierunku zmierza… że jeszcze kilka lat i z Arch Enemy będzie podobnie jak z Metallicą, jeżeli utrzymają aktualne tempo w biegu na szczyt.

Część zadowolona z „Will To Power” – z moich obserwacji wynika, że w dużej mierze to miłość do Alissy niżeli do muzyki… Fakt Alissa może się podobać facetom, a i coraz częściej widuję laski z niebieskimi włosami w koszulkach Arch Enemy, więc coś w Niej jest. Głos, osobowość sceniczną też ma, pisze teksty i pełno jej wszędzie. To wszystko powoduje, że swoją osobą może nieco przysłoniła zespół, ale czy nie warto z tego korzystać? Na pewno dzięki temu przybyło fanów, którzy polubili zespół właśnie ze względu na Alissę. To ta część odbiorców trochę nadmiernie zachwyca się ostatnim albumem, pomijając wcześniejszą twórczość. Niestety z tym nic nie zrobimy :-)… no bo co można zrobić, gdy się podoba.

„Artystę można zabić na dwa sposoby. Albo mówiąc o nim zbyt wiele, albo wcale” (cytat z filmu „Powidoki”A. Wajdy)

„Will To Power” to album wydany z rozmachem. Zawiera 12 utworów, które sporo namieszały w ogólnym wizerunku zespołu. Od premiery (8 września) minęło trochę czasu a kurz jeszcze nie opadł… Co raz pojawiają się oklaski zachwytu i hejterskie złośliwości. Czy to dobrze? No cóż w nawiązaniu do cytatu, którego użyłem powyżej może to być „początek końca”. Boję się, że „Will To Power” troszeczkę przerósł medialnie oczekiwania zespołu. Teraz jest jeszcze gwarno, ale dopiero po promocyjnej trasie okaże się czy zespół udźwignął bagaż nadmiernego rozgłosu. Z ciszą i brakiem rozpoznawalności Michael sobie poradził 17 lat temu, może i w sposób radykalny, ale jednak. Czy sobie poradzi z przesadną popularnością…? Przekonamy się, ale to dopiero, gdy ukażą się kolejne albumy tej odsłony Arch Enemy. Wierzę, że zatęskni za korzeniami i stworzy coś połączy możliwości zespołu z oczekiwaniami fanów zarówno tych „dzisiejszych” jaki tych, którzy byli z Arch Enemy na początku.

Moim zdaniem…
fot. TEOR
„Will To Power” nie jest złym albumem… ma sporo elementów, które może nie są zaskoczeniem, ale nazwijmy to świetnym rozwiązaniem. Szept Alissy w „The World Is Yours” – smaczek, który przyprawił mnie o ciarki. Nie będę opisywał wszystkich utworów, bo nie ma takiej potrzeby, zwłaszcza, że dużo już tekstów powstało, które analitycznie odnoszą się do poszczególnych kompozycji. Nie uważam też, że złym rozwiązaniem jest użycie czystego wokalu Alissy – wręcz przeciwnie czytam to na pozytyw i to, czego do tej pory (przed Alissą) w Arch Enemy nie było. O „The Eagle Flies Alone” już pisałem i zdania nie zmieniam. Na szczęście poza tym utworem i „Reason to Believe” w moim odczuciu nieudaną próbą stworzenia ballady w stylu Scorpionsów, mamy do czynienia z niezłą porcją przyzwoitego metalowo-melodyjnego grania. Wśród faworytów na pewno ustawiam „First Day in Hell” i „My Shadow and I” za świetnie obniżony, a zarazem zmiękczony growl. Super efekt… zdecydowanie ciekawiej wyartykułowany „My Shadow and I”. „Murder Scene” też ustawiam po stronie ciekawszych właśnie za ten czysty wokal. Nie wiem, dlaczego, ale nie mogę pominąć „A Fight I Must Win”. Ostatni kawałek na płycie, który po wyłączeniu odtwarzacza długo zostaje w głowie… albo jak kto woli „wpada w ucho” ;).
Brzmieniowo całość faktycznie może trochę w klimacie „War Eternal”, ale czy to źle? Myślę, że nie. Nie jest to zły album i nie żałuję wywalonej w ciemno kasy na box set. Owszem, może oczekiwałem czegoś innego, może bardziej drapieżnego, ale nie czuję się rozczarowany.
Co do „punk coverów” o których wspomniałem na początku (z 7-calowego winyla), to tak bardzo mi się podobają i namawiałbym zespół do nagrania albumu w tym klimacie.

Ocena: 4+/5



Tekst powstał przed koncertem w warszawskiej Progresji (26.09.2017 r.) i nie chciałem go zmieniać… Po koncercie troszeczkę inaczej spojrzałem na pewne sprawy, dlatego namawiam do przeczytania relacji z koncertu. 

Wszystkie zdjęcia znalazłem w internecie, jeżeli jesteś ich właścicielem i nie chcesz, żeby były tutaj zamieszczone... napisz a zostaną usunięte. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz