piątek, 6 października 2017

Arch Enemy i Jinjer - Warszawa 2017


Plecy bolą… w głowie huczy… ale gęba się cieszy… takie były moje pierwsze odczucia po powrocie z koncertów Jinjer i Arch Enemy w Progresji, 26 września 2017 r. Jadąc na Arch Enemy… niemniej byłem ciekaw koncertu Jinjer i od nich zacznę. Przyznaję się, że zespół ten w odsłonie koncertowej bardzo mi zaimponował.
Przed spotkaniem na żywo, miałem do czynienia z pierwszym ich albumem z 2014 r. „Cloud Faktory” oraz EPkami „Objects In Mirror Are Closer Then They Appear” – 2009 i „Inhale, Do Not Breathe” – 2012. Niestety ostatniego albumu „King of Everything” nie dane było mi słuchać, poza utworami zamieszczonymi na YT.

W Progresji zaczęło się natychmiast, właściwie odkąd Tatiana Shmailyuk (wokalistka) pojawiła się na scenie od razu porwała publiczność. W połowie „Who's Gonna Be the One” już było wiadomo, że koncert jest jej, a polska publiczność pójdzie za nią do „piekła”. Trochę byłem tym zaskoczony, że tak łatwo jej to poszło… z każdym kawałkiem napięcie wzrastało a Jinjer odpowiadał nam sporą dawką energetycznej muzyki. Nawet tak refleksyjny utwór (ballada) jak „Pisces” został świetnie przyjęty. W moim odczuciu Jinjer sprawnie się rozwija i z pewnością należy do czołówki sceny ukraińskiej… a na pewno wchodzi na poziom światowy. W Progresji widziałem zespół drapieżny, momentami agresywny a chwilami bardzo delikatny. Wszystko to w dużej mierze zasługa Tatiany, mimo, że zespół starał się jej dotrzymywać kroku, to i tak stanowił tło. Zdecydowanie jest to jeden z tych zespołów, w których wokal napędza całość a muzycy mają wykonać swoją robotę. Po koncercie stwierdzam, że lepiej się ich słucha na żywo niżeli z mechanicznych nośników. Jinjer w domowym odsłuchu w ogóle mnie nie porywał, a na koncercie i owszem. W pewnym momencie nabrałem obaw, że przejmie kontrolę i przysłoni koncert Arch Enemy. Czy tak się stało?  

Jinjer setlista:
  1. Who's Gonna Be the One
  2. Words of Wisdom
  3. Sit Stay Roll Over
  4. I Speak Astronomy
  5. Just Another
  6. Pisces
  7. Captain Clock
  8. No Hoard of Value
  9. Bad Water




Alissa jak lwica szybko wybiła mi z głowy myśli o zdradzie z Jinjer. Wystarczyło, że wyszła na scenę, mruknęła „The World Is Yours” i od razu wiedziałem kto tutaj rządzi :) Nie oceniam koncertu Jinjer jako gorszy, uważam, że doskonale zrobił to, do czego został powołany. Porównywać z Arch Enemy moglibyśmy wówczas gdyby Jinjer zagrał pełny set…, chociaż osobiście nie przepadam za porównaniami. 
Set Arch Enemy był trochę przewidywalny, a raczej niejednokrotnie spoilerowany na naszym kochanym FB, niechcący trafiłem na listę utworów z trasy promującej „Will To Power”, dlatego wiedziałem czego się spodziewać. Niemniej jednak samo wejście było potężną dawką energii, które o mało nie rozsadziło Progresji. „Ravenous” już tylko przypieczętował fakt, że mamy do czynienia z zespołem Arch Enemy, bez względu na to, kto trzyma mikrofon. Od początku towarzyszyło mi wrażenie, które pojawiło się, gdy po raz pierwszy usłyszałem „The World Is Yours”, mianowicie zespołowość… a w przypadku koncertu wkład oraz pracę na jego odbiór i przebieg. Symbioza między Alissą a resztą zespołu powodowała, że płynąca z niej energia przenikała przez pryzmat zespołu, potęgowała się do niewyobrażalnego poziomu i eksplodowała w publiczności. Utwór po utworze coraz bardziej odpływałem… połykałem kawałek po kawałku jak jakiś pelikan… nawet „The Eagle Flies Alone” przełknąłem jako smakołyk. Alissa ma w sobie coś takiego, że słuchając jej na żywo ma się wrażenie jakby wszystkie utwory, które wykonuje były napisane specjalnie dla niej. Nie chcę ujmować niczego Angeli, ale nawet jej kawałki wybrzmiewały rewelacyjnie i nie czuło się jej braku (a tego się obawiałem). „No Gods, No Masters”, „We Will Rise” czy kultowy „Nemesis” brzmiało świeżo i w niczym nie odbiegało od oryginału. Nie sądziłem, że Alissa w koncertowej odsłonie tak świetnie zastąpi swoich poprzedników, natomiast utwory, z „War Eternal” i „Will To Power” w ogóle nie odstępowały od wcześniejszej twórczości. Szczególną uwagę zwróciłem na „The Race”, kompozycja, którą pominąłem pisząc recenzję… na żywo ten utwór jest rewelacyjny. Taka petarda, że przez chwilę szukałem w głowie, z której jest płyty, bo w pierwszej chwili wydawało mi się, że znam go od dawna. Po koncercie dołączył do grona moich ulubieńców.
Arch Enemy to potężna machina koncertowa, którą napędza sceniczne zwierzę – Alissa! i wbrew moim obawom, wbrew złośliwościom, które zaczęły się pojawiać po ukazaniu „Will To Power” uważam, że ten zespół jest w nieprzerwanie świetnej kondycji, ma dużo do powiedzenia i jeszcze nie raz namiesza na rynku muzycznym.
Jedynym, ale to niewielkim mankamentem wydawało się być nagłośnienie… jakby momentami było źle zestrojone, a szczególnie wokal Alissy, momentami zanikał, co najbardziej było odczuwalne przy utworze „Dead Bury Their Dead” do tego stopnia, że miałem problem z wyłapaniem utworu i określeniem jego tytułu. Stałem mniej więcej na środku sali, więc raczej miałem optymalny odsłuch i nie jest to tylko moje spostrzeżenie… a zresztą przy Jinjer wszystko działało idealnie.
Sądząc po poście na FB Arch Enemy, w którym zespół dziękuje polskiej publiczności im też się podobało. Ja również nie żałuję ani chwili spędzonej w tego dnia w Progresji, a na następny koncert piszę na „meet and greet”. Do zobaczenia!

Arch Enemy setlista:
  1. Thunderstruck (AC/DC z offu)
  2. Set Flame to the Night
  3. The World Is Yours
  4. Ravenous
  5. Stolen Life
  6. War Eternal
  7. My Apocalypse
  8. Blood in the Water
  9. You Will Know My Name
  10. The Race
  11. The Eagle Flies Alone
  12. As the Pages Burn
  13. Burning Angel
  14. No Gods, No Masters
  15. Dead Bury Their Dead
  16. We Will Rise
  17. Avalanche
  18. Snow Bound
  19. Nemesis
  20. Fields of Desolation




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz