niedziela, 7 maja 2017

Metalmania 2017

Metalmanię 2017 zacząłem dzień wcześniej… no bo, żeby zdążyć na pierwszy koncert musiałem wyruszyć nieco wcześniej. Do Katowic wybrałem się pociągiem i ku mojemu zaskoczeniu podróż składała się odkryć, np. dowiedziałem się, że głośniki w przedziałach działają… jak byłem dzieckiem zawsze się zastanawiałem, poco one są skoro nie działają?, pytałem mamy, a mama mówiła „bądź cierpliwy a będziesz szczęśliwy” – dzisiaj to szczęście bardziej wypełniał fakt, że jadę na reaktywowany po dziewięciu latach polski festiwal metalowy niż głośniki… niemniej jednak kolejna zagadka z dzieciństwa rozwikłana… albo naklejki z numerami miejsc w przedziałach – w końcu do czegoś służą... a konduktorzy nawet sprawdzają czy zajmujemy właściwie miejsce… normalnie jak w teatrze :) odkryłem też, że dawno nie jeździłem pociągiem.

Na szczęście nie podróżowałem sam, towarzystwa dotrzymywał mi znajomy, również „stary metalowiec”… tak, więc siedzieliśmy w przedziale radośnie przebierając nóżkami do samych Katowic, trochę rozmawialiśmy na poważne tematy… a współpasażerowie przyglądali nam się nieufnie i w milczeniu, licząc, że wysiądziemy na najbliższej stacji… Przecież wyglądaliśmy „normalnie”, nie krzyczeliśmy „Slayer Ku..a”, nie piliśmy piwa i nie bekaliśmy, ba nawet kanapek nie jedliśmy… Po kilku godzinach w tej niezwykle przyjemnej atmosferze dotarliśmy do celu. Zakwaterowaliśmy się, sprawdziliśmy czy Spodek stoi na swoim miejscu i spokojnie położyliśmy się spać… czynność tą poprzedziliśmy jedynie kolacją, kąpielą i produktem regionalnym z Tych. 
Obudziliśmy się oczywiście o kilka godzin za wcześnie jak małe dzieci przed pierwszą w życiu wycieczką… noo może ja trochę później, bo kumpel zdążył załatwić kawę. Mniej więcej gdzieś po trzech godzinach spędzonych przed lustrem ;) ruszyliśmy… 
Na miejscu po odprawie bramkowej i rytuale przeszukania udaliśmy się pod małą scenę na pierwszy koncert… nie było łatwo, bo trochę się jej naszukaliśmy… zamknięta sala główna obudziła w nas niepokój, a nie odważyliśmy się kogoś zapytać (bo przecież starzy metalowcy nie pytają…). Pierwsze dźwięki trochę nam pomogły, ale i tak było trudno, bo ta skubana „mała scena”, schowała się za schodami i do końca festiwalu tam siedziała. Na tym jej uporze straciły na wartości chyba wszystkie koncerty, które się na niej odbywały. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się organizatorom namówić ją, żeby wyszła trochę do ludzi ;).
Do Metalmanii podszedłem trochę kapryśnie i na zasadzie oczekiwań „starego metalowca”. Przez sentyment do kapel z początków mojej przygody z metalem marzyło mi się, żeby zespoły zagrały utwory sztandarowe z „moich czasów”, z drugiej jednak strony chciałem też usłyszeć nowe, żeby sprawdzić je na koncertach, z kolei od kapel, które widziałem po raz pierwszy oczekiwałem świeżości i czekałem na „to coś”.
Wybaczcie, ale nie będę opisywał koncertów, a skupię się jedynie na tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Niestety tak się składa, że w większości będą to zespoły, które zagrały na dużej scenie, bo do małej nie szło się dopchać… a i przeglądanie „atrakcji towarzyszących” kolidowało z koncertami, ale żeby nie było niedomówień każdego koncertu wysłuchałem na tyle na ile wystarczyło czasu i możliwości przestrzennych.
Bardzo ciekaw byłem koncertu Obscure Sphinx, ale niestety… koncertu nie obejrzałem, a jedynie wysłuchałem… dzieląc czas na przeglądnie wystaw, podobnie było z CETI… w moim odczuciu obie te kapele bardzo dużo straciły na tym, że występowały w mniejszej przestrzeni.
Największym moim odkryciem podczas tegorocznej Metalmanii okazał się zespół Animations. Formacja z Jaworzna tak mi się spodobała, że od razu zapragnąłem mieć ich płytę. Po kilku podejściach udało mi się odnaleźć ich stoisko, gdzie nabyłem ostatni ich materiał zatytułowany „Without The Sun”. Kawał dobrej muzyki z wirtuozersko podanymi klawiszami, growlującym wokalem wspieranym od czasu do czasu przez basistę. W moim odczuciu zespół, który jeszcze namiesza na polskim i nie tylko rynku muzycznym. Z podnieceniem małego dziecka idącego na odpust szedłem na Sinister i trochę się rozczarowałem, ponieważ zespół padł ofiarą niekompetencji „specjalistów od nagłośnienia”, coś nie pykło i przez niemalże pół koncertu prawie nie słyszeliśmy wokalu, a gdy już się dobrze bawiłem zespół podziękował publiczności i zszedł ze sceny. Ogrom niedosytu po koncercie zostawił Vader. Koncert zrealizowany tak trochę „na szybko” i z cięciami repertuarowymi. Niemniej jednak Vader to Vader i było przednio, zero nowego materiału… noo z wyjątkiem „Triumph of Death”, set na miarę sentymentów. Szczerze, to mi chyba trochę brakowało materiału z „The Empire” no, ale...
Odniosłem wrażenie, że to właśnie od koncertu Vadera zaczęła się Metalmania, znaczna poprawa w realizacji dźwięku, natomiast oświetlenie nabrało pełnego wymiaru na koncercie Sodom, który chyba pobił rekord frekwencji, pełna płyta i pełna widownia. Szalone owacje i reakcje w stu procentach zasłużone, bo sam koncert naprawdę super. Świetna setlista, przyjemny dla ucha thrash, który dał odpocząć po dużej dawce death metalu.
Coroner-a z kolei zostawiłem sobie na koncert… kiedyś kiedyś dawno temu, ktoś mi podrzucił kasetę, ale mi nie podeszło, a i przed Metalmanią też nie słuchałem, być może dzięki temu wyszedłem z koncertu półprzytomny z wrażenia. Prowadzący przed koncertem powiedział, że będzie „precyzyjny szwajcarski rozpie*dol” i był. Naprawdę wirtuozerski koncert – precyzyjnie, konkretnie, progresywnie i przyjemnie. Rewelacja. Od powrotu z Metalmani biję się na „alle…o” o ich płyty. Moonspell to chyba najlepiej wyreżyserowane show podczas tej metalowej biesiady, było na co popatrzeć i było czego posłuchać. Był to także najspokojniejszy muzycznie koncert tego wieczoru. Samael to klasa sama w sobie, ale osobiście wolę Samaela w wersji koncertowej, niżeli w domowym odsłuchu. Zespół zakończył festiwal, przez co bardzo mocno straciły na wartości koncerty, które zaplanowane były po, czyli Entropia i Furia, przy czym Furia grała już tylko dla ekipy porządkowej, no prawie… naprawdę garstka ludzi została na ich koncercie.
Podsumowując… czy znalazłem „to coś”? TAK zdecydowanie Animations, poza tym w moich domowych głośnikach zadomowił się Coroner a po latach wrócił Sodom. Z pewnością będę sięgał po materiał wszystkich kapel, bo naprawdę, ale to naprawdę zestaw był wyśmienity. Z wydarzeń towarzyszących największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Agi Krysiuk – czyli obrazy z płyt winylowych. Natomiast sama Metalmania 2017 to mocny powrót dobrego polskiego metalowego święta. Nie żałuję ani chwili spędzonej w Spodku i już dzisiaj wiem, że chcę tam być za rok!






A tutaj moje trofea... Nie chciałem tracić koncertów na bieganie za autografami, ale coś tam sobie znalazłem... coś kupiłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz