No dobra… osłuchałem, wysłuchałem, nasłuchałem, a nawet
naoglądałem się „Moth Into Flame” zespołu, który przypieczętował moje
zamiłowanie do metalu, zespołu za który niegdyś dałbym się pochlastać, zespołu,
który mnie nieustannie denerwuje swoim gwiazdorskim, nonszalanckim zachowaniem,
zespołu, który wk*rwia mnie traktowaniem samego siebie jako nr 1 światowego
thrashu (a nim nie jest), zespołu, który stracił pokorę i szacunek do fanów, zespołu,
który pogubił się w twórczości, zespołu, który swoja twórczością zaprzecza korzeniom,
a twierdzi, że jest inaczej, zespołu, który zamiast nagrywać płytę grał hymn na
boisku, zespołu, który zamiast wydawać nowe płyty opakowywał w pazłotka stare,
zespołu, który sądził się z internetem, zespołu, który przez osiem lat nie
wydał swojej płyty, bo eksperymentował z Lou Reedem (R.I.P) i w końcu zespołu,
który wydał 5 pierwszych płyt, które uważam za najlepsze w 30letniej jego
karierze, zespołu, który jest niesamowity na koncertach, zespołu, który
zaskakuje pomysłami, zespołu, który mimo tego, że czasami gra słabo a ja i tak
słucham, zespołu, który zajebi*cie zaskoczył mnie kawałkiem wymienionym wyżej,
zespołu, który mimo, że nie jest numerem jeden thrashu to i tak dla mnie jest
najlepszy, zespołu, który spowodował że trę piętami w oczekiwaniu na nowy [po
ośmiu latach – (nie wypominam)] album. A nie napiszę jaki to zespół sami
zgadnijcie…
Tak czekam bo mi się spodobał ten utwór. Czekam bo jest w
nim powiew świeżości, czekam bo cholera po raz enty mnie zaskoczył…czekam!
A jak nie wierzycie to sami posłuchajcie:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz