czwartek, 25 sierpnia 2016

Metallica „Hardwired”

„Hardwired” tak nazywa się utwór, który Metallica opublikowała kilka dni temu… no cóż materiał ten niestety nie powalił mnie na kolana. Pomimo, że twórczość tego zespołu towarzyszy mi bardzo długo (blisko 30 lat) to najnowszy kawałek w moim odczuciu jest słaby. Jak wiemy Metallica od momentu wydania „Death Magnetic” skupiła się na lansowaniu i robieniu kasy na czym się da… filmy, garnitury, wznowienia płyt, występy na boiskach itp.. Podobno cały czas zespół powracał do pracy nad nową płytą, ale efektów nie było widać aż do 18 sierpnia 2016 r.. Po ośmiu latach mamy… zespół wędrujący w stronę emerytury.

Zastanawiając się głębiej nad czasem pomiędzy ostatnimi wydawnictwami wydaje mi się, że Metallica celowo poszła w tak długi okres oczekiwania na kolejną płytę, żeby wygłodzić fanów. Bo jak wiemy głodny fan zje wszystko co mu dadzą… i sadząc po facebookowych ekscytacjach fanów i portali muzycznych zabieg sprawdził się, ale czy ten „news” jest arcydziełem? – nie wiem. W moim przypadku czas oczekiwania zadziałał na niekorzyść zespołu. Metallica zajęła się fajerwerkami, gadżetami i lansowaniem, a ja zająłem się innymi zespołami, zarówno tymi starszymi, jak i tymi nowszymi. Chociażby pozostała trójka (z „Wielkiej Czwórki”) o stokroć lepiej wykorzystała ten czas, albo ex-basista Metallicy, Jason Newsted, świetnie się wstrzelił w niebyt byłego bandu. Nie ukrywam, że od czasu do czasu zerkałem w stronę Metallicy, ale z każdym dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem umacniałem się w przekonaniu, że to miejsce mistrzów gatunku powoli się zwalnia. Nie ukrywałem, również obawy, że Metallica ogłosi koniec. Na szczęście tak się nie stało. Czekając tak sobie nieraz myślałem, wyobrażałem że jeden z moich ulubionych zespołów, kolejną, „nową” płytą odświeży gatunek, ukaże nowe horyzonty thrash metalu, ale po tym co dostałem jestem trochę zawiedziony... no bo gdyby tak chcieć przeanalizować utwór „Hardwired” to nie usłyszymy niczego nowego. Ten utwór jest po prostu próbą przywrócenia brzmienia takiego, które znamy z „Death Magnetic”. „Hardwired” momentami przypomina mi jedynie „The Day That Never Comes”. Nie rozumiem tych odniesień i porównań do pierwszych albumów… przecież ten utwór nie ma nic wspólnego z początkami Metallicy (oprócz składu i to w 3/4). Boję się, że cała nowa płyta będzie brzmieniowo zbliżona do poprzedniczki, a to z kolei będzie powtórka z rozrywki, tak jak w przypadku „Load” i „Reload”, tylko, że w tych ostatnich przypadku nie trzeba było czekać aż 8 lat (nie wspominając projektu Lulu z Lou Reedem z 2011 r.).
Kiedyś, ktoś przed koncertem Iron Maiden (w 2011 r.) powiedział młodszemu od siebie koledze, który krytykował „The Final Frontier”… daj sobie troszeczkę czasu na osłuchanie, a zobaczysz, że to dobry album… może coś w tym jest… sam nawet kiedyś pisałem, że „Muzyka potrzebuje czasu”.
Niemniej jednak nadal jestem pełen optymizmu i wiary, że „Hardwired...To Self-Destruct” będzie dobrym albumem, na miarę „mistrzów” bo przecież rzadko kto, wykłada najlepsze karty na początku gry…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz